sobota, 7 grudnia 2013

HELLO, ROME!!! DAY FIRST

Sytuacja za oknem nie wygląda ostatnio korzystnie. Mimo że zdecydowanie podsyca ona przedświąteczną atmosferę, to nie oszukujmy się, ja preferuję wygrzewanie pupy w nieco cieplejszym klimacie. Dlatego nie ma na co czekać, moment jest idealny - jedziemy na wakacje!

 
Lot do Rzymu rezerwujemy już kilka miesięcy przed wyjazdem, szukając rzecz jasna tanich linii lotniczych. Z miejscem noclegowym mieliśmy trochę problemów, hmmm, znaczy się sami je sobie zrobiliśmy. Zarezerwowaliśmy hotel na Bookingu dwa miesiące przed wyjazdem, jednak zabierając się ostatecznie za planowanie wycieczki, na wierzch wyszła dosyć niewygodna lokacja naszego „czterogwiazdkowego luksusu w promocji” – hotel był zdecydowanie za daleko od centrum miasta, tracenie grubo ponad dwie godziny na dojazd i powrót całkowicie przekreślało plany na jakiekolwiek wieczorne łażenie i znacznie ograniczało przyjemność zwiedzania. Na szczęście mogliśmy w porę zrezygnować z tej opcji i gdy ja planowałam co i jak zwiedzimy, M. właściwie do ostatniego tygodnia przed wylotem szukał dobrego miejsca do spania. 

Na serwisie Wimdu.com upatrzył nam naprawdę ładny pokój z łazienką w mieszkaniu, wynajmował go młody Włoch o imieniu Claudio. Zanim jednak potwierdził naszą rezerwację, płatną oczywiście z góry, postanowił wyjechać na dwa dni w góry i koniec końców nasz kontakt się urwał, rezerwacja przepadła, no i zablokowano nam środki na koncie. Do wyjazdu niespełna tydzień, a oczekiwany zwrot pieniędzy trwa czternaście dni. Zrobiło się nam gorąco już bez wyjeżdżania w klimat śródziemnomorski. M. tradycyjnie trzyma zimną krew, nie czekając rezerwuje tym razem bezpłatnie inny hotel, aż tu Claudio się odzywa, grzecznie przeprasza za swoją nieobecność i urwany kontakt. Zapewnia, że poczeka na nas kilka dni. Koniec końców dokonaliśmy rezerwacji ponownie, tym razem z powodzeniem, a zablokowane środki też wróciły na konto, tuż przed samym wyjazdem. Ufff... 

W końcu dzień wyjazdu. 7.28 pociąg do Poznania, a o 14.20 wylot. Trochę żeśmy się ponudzili na lotnisku, no ale woleliśmy się nie spóźniać.

 
O ile odprawa nie należała do sympatycznych, to lot całkiem przyjemny, nawet nieco wcześniej niż przewidywana godzina odlotu, chmurki też niczego sobie. Szkoda że nie trafiliśmy ze stroną, nie udało się obejrzeć z góry centrum miasta...


  
Raczej niczego nie zapomnieliśmy, a po dwóch godzinkach już odbieraliśmy bagaże na Ciampino. O ile M. wykombinował, że z lotniska łatwo trafimy na stację kolejową Ciampino na piechotę, w co nie bardzo wnikałam, to rzeczywistość zweryfikowała to w taki sposób, że wyjście z lotniska znajdowało się z zupełnie innej strony i wszelkie próby pieszej wycieczki okazały się kpiną. Wracamy na lotnisko, na przystanek autobusowy i tak sobie stojąc w skwarze próbujemy ustalić, który autobus zawiezie nas na metro lub stację. Trochę się już wkurzyłam, no ale na szczęście moją rozmowę z Mateuszem usłyszała jakaś śliczna blondynka, na nasze szczęście zaczepiła nas. Okazało się, że pracuje na stałe w Rzymie, jest Polką i razem staliśmy na przystanku z którego o odjeżdża autobus nr 2 (tańszy, 1,20 euro) do stacji metra Anagnina. 

Razem więc pojechaliśmy autobusem jakimś totalnie magicznym objazdem z niesłychaną prędkością. Sposób jazdy pana kierowcy ujął M., mnie zresztą również, jakimś cudem się nie rozbiliśmy, nie zarysowaliśmy i zmieściliśmy na drodze. Wylądowaliśmy przy metrze, blondynka się z nami pożegnała, poinstruowała, że mamy wrócić w ten sam sposób, ostrzegała przed ewentualnymi kradzieżami no i życzyła przyjemnej podróży. 


  
Dojechaliśmy metrem na Vittorio Emmanuele, znaleźliśmy nasze Largo Leopardi (tym razem ja prowadziłam naszą dwuosobową wycieczkę i to był mój ostatni raz, bo oczywiście poszliśmy w przeciwnym kierunku...). Jak pisał nam Claudio przed wyjazdem nie było go w mieszkaniu, dał instrukcje, jak znaleźć klucz. No i dotarliśmy. Chwila na oswojenie się z mieszkaniem, znaleźliśmy list powitalny od Claudio, z którego wynikało, że oczywiście mamy czuć się jak u siebie, poza pokojem z łazienką mamy do dyspozycji jeszcze kuchnię z wyjściem na balkon, czyli niczego sobie, w pełni wyposażone mieszkanie. 


 
Zbliżała się dwudziesta, z instrukcji podanych przez moich rodziców na dworcu centralnym Termini, czyli całkiem blisko nas, miał się znajdować jakiś tani supermarket. No tak, minęło parę ładnych lat od ich wyjazdu, sklepu oczywiście nie znaleźliśmy, co nas trochę zmartwiło tym bardziej, że w sobotę nie spodziewaliśmy się, że inne będą długo otwarte. Wróciliśmy więc do domu, po drodze zahaczając o jakiś mały sklep, tam zaopatrzyliśmy się w jedzenie, a poszukiwanie tańszego marketu zostawiliśmy na później. Claudio nadal się nie pojawił.

Po dziewiątej M. poszedł posiedzieć na balkonie, ja zaś padłam na łóżko i starałam się zasnąć, co jednak przy upale i hałasie z ulicy było dosyć trudne. To była chyba najgorsza noc, parno (hmmm, klimatyzator nie bardzo działał), budziłam się średnio co godzinę, przed północą wielki huk i szum, jakby burza, a to tylko pracownik służb miejskich czyścił jakimś gigantycznym karcherem ulice... Burza, owszem była, o siódmej rano.

15 komentarzy:

  1. Zazdroszczę wycieczki :) Piękne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
  2. Rayanerem przyjemny lot ?! No chyba ze jesteście odporni na akwizycję i to nachalnà ;) przynajmniej na lini Chaleroi - Kraków ;)
    Pierwsze zdjęcie w pociągu - jest moc ! Czekam na ciąg dalszy ..... Historia żywo mnie wciàgnęła .....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie wiem, że wszyscy na to stękają, nam szczególnie nie robiło to większej różnicy, lot w końcu krótki, siedzieliśmy sobie przy oknie i nie bardzo byliśmy zainteresowani reklamami. Tani bilet, więc w końcu na czymś trzeba zarobić :)

      Tylko z Intercity taaakaaa prędkość! :D

      Usuń
  3. No kochana, wycieczki bez przygod to nie wycieczki :) gdyby wszystko szlo zgodnie z planem i jak po masle to nie mielibyscie co wspominac :) Czekam niecierpliwie na kolejny post :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Rzymie pełno niespodzianek, nie sposób na coś nie trafić :)

      Usuń
  4. Ha, ha, ha, skąd ja to znam... ten włoski styl jazdy, sen- a właściwie brak snu przez duchotę i śmieciarki, totalny brak jakichkolwiek reguł i bezstresowy styl życia Włochów. Cudownie :) Bawcie się dobrze :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale z tego co obserwowaliśmy, Włosi bardzo dobrze jeżdżą, są czujni i elastyczni. I trąbią na potęgę, ale nie z oburzenia, a raczej w celach informacyjnych, szczególnie motocykliści.

      Usuń
  5. Kurcze, ale Wam zazdroszczę...już czuję ten klimat... owwwww....

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tam też wspominam Ryanair całkiem dobrze :)
    A przygód, widzę, co niemiara! Piękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Marzeń o które warto walczyć,
    Radości, którymi warto się dzielić,
    Przyjaciół z którymi warto być,
    I nadziei bez której nie da się żyć!

    Życzy Maryla :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam nadzieję, że świętujesz przyjemnie czego ci zyczę, jak również spełnienia marzeń w przyszłym roku:) piekne wyszło to zdjęcie z samolotu z tęczą

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję Dziewczyny za życzenia. Tęcza w niebie - coś pięknego, choć nie udało się jej złapać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Super wyjazd, uwielbiam Włochy

    www.stylishsideoflife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Reklama (jawna i ukryta) nie jest tu akceptowana.