czwartek, 5 kwietnia 2012

CHANGES

Ciężko jest za mną nadążyć, wiem, na domiar złego kolejny raz coś tutaj zmieniam, nikomu nic nie tłumacząc, za co mocno przepraszam... Ale tego właśnie potrzebuję. ZMIAN. W końcu udało mi się stworzyć takie miejsce, w którym bez pośpiechu (wśród naocznych świadków) wywracam swoją szafę do góry nogami...


Któregoś dnia usiadłam z długopisem i kartką papieru. Siedząc naprzeciw szafy, bez zbędnego przetrzepywania wieszaków na prawo i lewo, pisałam, co i jak się w niej znalazło. W miarę upływu czasu kartek zaczęło przybywać, a ja wciąż skrobię i kreślę na przemian. Myślę, co zmienić, do głowy wskakują mi nowe pomysły, czego brakuje, czego jest za dużo (za dużo na pewno bawełnianych podkoszulków...).

W końcu ruszyłam swoje leniwe dupsko i przywarłam do maszyny na ostatnie kilka dni, co najdotkliwiej odczuł M. (walające się dosłownie wszędzie skrawki nici i materiału spędzały sen z powiek na myśl o czystym mieszkaniu). Udało mi się pokonać kryty zamek, o którym tak namiętnie opowiadała mi Pani z pasmanterii, wszyłam go bez zastrzeżeń, potem zaczęły się schody, ale to już materiał na inną historię...

Tymczasem przyszedł czas jechać na święta do domu i spakować wszystko do ultra małej torby. Niestety brak było pod ręką ciężarówki, ani samochodu, ani nawet prawa jazdy, co by podczepić do swojego bagażu jeszcze 3/4 garderoby, także koniecznością każdej mojej podróży jest łączyć ubrania ze sobą tak, by nosić je na milion różnych sposobów (oczywiście nie wszystkich naraz...). Przyszedł czas na moje ulubione połączenia, czyli mięty z pomarańczą oraz marynarskich klimatów z czerwoną szminką :)

A teraz zasuwam łyżeczką do orzechowca i piernika mamy (ciasto - istna poezja - specjalnie robione kilka tygodni wcześniej) i przestaję się mieścić w to, co przywiozłam ze sobą poniżej (poza butami, jeszcze cieplutkie ze sklepu)...


Pozdrawiam, mam nadzieję, że nie usnęliście w trakcie czytania, trzymajcie się ciepło i słonecznie w te dni! Ala :)